I tym oto optymistycznym akcentem zakończyłem pierwszy semestr filologii czeskiej na Uniwersytecie we Wrocławiu. Kto by pomyślał, że kiedykolwiek nastąpi chwila, w której nie będę mógł się doczekać zajęć na uczelni. Nauczony politechnikowym doświadczeniem uważałem dotąd edukację wyższą za nudziarski obowiązek, a tu nagle okazało się, że istnieje miejsce na Ziemi, które aż oczarowuje życzliwością ludzi i atmosferą.
Pierwszy semestr składał się z praktycznej nauki języka czeskiego (pracy z tekstem, mówienia, gramatyki i wymowy), realioznawstwa (ogólnej wiedzy o Czechach), literaturoznawstwa (prowadzonego w fenomenalny sposób), językoznawstwa (trudnego, acz ciekawego), literatury powszechnej (tu brakuje mi przymiotnika, bo nie zaszczyciłem obecnością tego wykładu :-P), łaciny (bo podobno homo doctus in se semper divitias habet!) oraz historii filozofii (wątpiliśmy w zwątpienie, bo tylko powątpiewalność jest niewątpliwa :-)). Zajęć nie było dużo, odbywały się w Instytucie Filologii Słowiańskiej, złośliwie przez kogoś umieszczonym na dalekiej ulicy Pocztowej.
To tyle na teraz, przed wakacjami napiszę coś więcej, co by skusić potencjalnych filologów :-).

